Recenzja Red Dead Redemption 2 – dzieło, które zdarza się raz na generacje

Od premiery GTA V minęło już 5 lat – póki co tyle czasu dzielił najdłuższy odstęp pomiędzy dwoma odsłonami tej serii, a gracze w dalszym ciągu nie słyszeli choćby plotki o szóstej części. Warto o tym wspomnieć, bo od jakiegoś czasu studio Rockstar Games zmieniło swoje podejście co do wydawanych gier, w których kierują się zasadą, że nie ważna jest ilość tylko jakość. Najnowsze Red Dead Redemption 2 potwierdza tę regułę w bardzo dobitny sposób, a ja postaram się wyjaśnić dlaczego. Zapraszam do czytania!

Jeżeli miałbym opisać nową część serii Red Dead byłoby mi niezmiernie trudno – ale pierwsze co mi przychodzi na język to arcydzieło. Po raz kolejny gra od Rockstara wyznacza nowe standardy w świecie gier i sprawia, że po głębszym zapoznaniu się z ich dziełem reszta tytułów wysokobudżetowych będzie co najwyżej średnia.

Fabuła

W grze wcielimy się w Arthura Morgana – jest to około 35-letni postawny rzezimieszek reprezentujący ostatnich bandytów dzikiego zachodu wyjętych spod prawa. Arthur jest prawą ręką Dutcha, który go przygarnął gdy nasz bohater był nastoletnią sierotą. W ten sposób powoli powstawała grupa osób, którą w czasach gry można nazwać pełnoprawnym gangiem oraz rodziną. Po napadzie na prom w Blackwater sprawy wymknęły się spod kontroli i teraz cała grupa musi tułać się po dziewiczej Ameryce, w której przyjdzie nam przeżyć wiele przygód – wszelakie napady, widowiskowe strzelaniny, pościgi i wiele innych. Wątek fabularny opowiada niezwykłą historię i jest na tyle świetny, że nie chcę mówić nic więcej – warto to wszystko odkryć samemu.

Każdy członek gangu van der Linde ma swoją własną osobowość i charakterystykę, co znacząco wpływa na autentyczność tych postaci oraz pomaga je zapamiętać. Psychol bez żadnego kręgosłupa moralnego gotowy wyrżnąć pół wioski dla dwóch, grawerowanych rewolwerów? Spokojny i opanowany metys, który oddaje należyty szacunek każdej upolowanej zwierzynie i ogranicza śmiertelne ofiary do minimum? Przykłady można mnożyć między sobą i nie będę ich podawać więcej, bo odkrywanie personaliów poszczególnych osób jest równie ciekawe co sama gra.

W świetle dzisiejszych kilkugodzinnych kampanii Red Dead Redemption 2 znowu się wyróżnia. Historia opowiedziana w wątku głównym to jakieś 35 godzin bez większego pośpiechu. Doliczmy do tego wszystkie zadania i aktywności poboczne jak ulepszanie obozu, polowanie na legendarne zwierzyny, wyzwania, zadania łowców nagród i tak dalej, to strzelam że można dobić do ponad 100 godzin zabawy. Najlepsze w wątku fabularnym jest to, że nie odczujemy dłużenia się gry bo żadne zadanie nie jest wciśnięte na siłę – historia toczy się powoli i naturalnie.

Świat gry

Ameryka, rok 1899. Bandycka era ma się ku końcowi, a cała cywilizacja zmierza coraz bardziej ku zachodzie. Co raz mniej pustych stepów, lasów i małych miasteczek, co raz więcej dużych miast, fabryk, rafinerii i co najgorsze – prawa. Twórcy gry dali nam do dyspozycji kilka stanów, a każdy się od siebie różni. Przyjdzie nam przemierzyć prawdziwie dziką Amerykę – od wąskich, górskich szlaków, spośród których te wysunięte najbardziej na północ są skute lodem pokryte grubą warstwą śniegu, poprzez zielone łąki na nizinach, bagna i podmokłe tereny pełne aligatorów, aż do zimowych tajg, lasów iglastych i w końcu po sam słodki dziki zachód – pustynny i skąpany w słońcu, gdzie tło wypełniają uschnięte kłębki roślin grające na wietrze, tak bardzo charakterystyczne dla westernów.

Na tych wszystkich terenach będziemy mogli zobaczyć również zabudowania – od mniejszych, zabitych dechami wiosek aż po dwa pełnoprawne miasta – Blackwater i Saint Denis, z których te drugie jest prawdziwą metropolią XIX wieku. Osoby które zaś grały w pierwszą odsłonę Red Dead Redemption na pewną skojarzą część mapy, ponieważ została ona poddana liftingowi i przeniesiona do drugiej części gry – niestety wraz z nią zabrakło Meksyku. Wielka szkoda, że wątek główny praktycznie w ogóle nie używa mapy z pierwszej części, gdzie znajdziemy tylko kilka aktywności pobocznych. Tylko w końcowej części epilogu zajrzymy do Blackwater, reszta stanu New Austin jak mówiłem jest nie użyta przez wątek główny.

Generalnie mówiąc świat jest zróżnicowany oraz przy okazji ogromny. Podróż koniem przez około 1/3 część mapy zajmuje jakieś 15 minut – mówimy tutaj o wolnym galopie na głównym szlaku. Strzelam że galop z jednego do drugiego końca mapy zajął by około 40 minut. Przy takich podróżach gracz zaczyna sobie zdawać sprawę, jak płynnie zmienia się klimat i wegetacja na poszczególnych terenach. W jednej chwili jesteśmy na polnej dróżce między zielonymi łąkami o nieco chłodnawym klimacie, aby po kilkunastu minutach znaleźć się na podmokłych, gorących terenach – i nie mówi nam tego mapa, a to co widzimy w grze. Nieco inny odcień trawy, jakby bardziej wyschnięty, być może też płynnie zmieniający się filtr obrazu na ekranie, pozycja słońca, lekka mgła – to wszystko jest płynne i patrząc na świat dookoła nas widać kiedy temperatura jest bliska zeru, a kiedy słońce dogrzewa nasz kapelusz na blisko 30 stopni. Niesamowite.

Rzecz jasna świat to nie tylko flora, ale też i fauna – mamy tutaj ogrom przeróżnych gatunków zwierząt, a każde z nich występuje na konkretnych terenach. Łosie i barany znajdziemy najczęściej w górach, na łąkach często paszą się jelenie, sarny czy dzikie konie, a na bagnach łatwo wpaść na aligatory, które chętnie zrobią sobie obiad ze zbłąkanego wędrowca. W lasach znajdziemy również wilki, lisy, wiewiórki czy zające, a gdzieniegdzie nawet powoli wymierające, ogromne bizony czy niedźwiedzie. Zwierzyny jest od groma, co najbardziej ucieszy wirtualnych myśliwych.

Rozgrywka

Jednym z głównym elementów rozgrywki jest oczywiście strzelanie – te jest teraz o tyle trudniejsze, że po wymierzeniu w przeciwnika trzeba odczekać chwilkę zanim Arthur się w pełni skupi, co pokazuje zmniejszający się okrąg dookoła celownika. Jeżeli nie odczekamy około sekundy, możemy spudłować cały magazynek mimo wycelowania w głowę wroga – dosyć miła odmiana po ostatniej części Grand Theft Auto, gdzie bez większych przeszkód mogliśmy położyć trupem kilkunastu przeciwników w momencie. Cały ten system ma sens i daje o sobie znać kiedy znajdziemy się w tarapatach i będziemy chcieli jak najszybciej pozbyć się przeciwników.

Drugim głównym elementem gry jest nasz koń. Twórcom udało się tutaj zrobić coś świetnego, ponieważ w Red Dead Redemption 2 nasza kobyła nie jest tylko zwykłym źródłem transportu. Pod siodłem przewozimy nasze wszystkie karabiny i jeżeli zapomnimy je wyciągnąć z konia przed pójściem pieszo, to w walce będziemy mogli polegać tylko na dwóch podręcznych rewolwerach. Na wierzchowcu będziemy też mogli przechować upolowaną zwierzynę czy skóry, transportować ludzi, przestępców i tak dalej. Przy okazji transportu warto wspomnieć o tym, że w grze jest bardzo ograniczona szybka podróż – o ile nie ulepszymy obozu, to naszą jedyną opcją szybkiej podróży jest dyliżans, który odwiedza tylko większe mieściny, z reguły około dwie lub trzy na cały stan. Początkowo uznałem to za ogromną wadę, ale z czasem pojąłem, że świat gry jest na tyle ciekawie skonstruowany że poznawanie mapy na pamięć jest bardzo przyjemne, a szybkiej podróży używałem tylko gdy musiałem przemieścić się praktycznie na drugi koniec mapy. Całość świetnie oddaje klimat nieustannej podróży i tułaczki w nieznane.

W RDR 2 znajdziemy również prowizoryczny system survivalu – Arthur wraz z wierzchowcem muszą spożywać regularne posiłki. Jest to podzielone na zdrowie i wytrzymałość (zarówno u konia), z tym że u naszego protagonisty dochodzi jeszcze zabójcza precyzja – coś a’la bullet time. Każdą z tych pięciu kategorii można podzielić na rdzeń, który zwiększamy właśnie przez posiłki, a wysoki poziom rdzenia wpływa na szybkość odnawiania się zdrowia i wytrzymałości. Proste i praktyczne. Skąd wziąć posiłki? Są co prawda sklepy, ale tu z pomocą przychodzi polowanie, które chyba pierwszy raz w grach jest wykorzystywane do czegoś więcej niż do zdobycia skór i trofeum. Na koniec dnia możemy rozbić obóz w dziczy, rozpalić ognisko, przygotować prowiant oraz rozłożyć namiot i w końcu odpocząć.

Poza wątkiem głównym możemy się zabrać za aktywności poboczne jak zadania od nieznajomych, polowanie, zbieractwo roślin, poszukiwanie skarbów, napady na gospodarstwa i dyliżanse czy nawet wziąć zlecenie na czyjąś głowę. W ramach relaksu Arthur może również spróbować swoich sił w domino, pokera lub blackjacka. Z tych wszystkich aktywności na szczególną pochwałę zasługuje łowiectwo, które w Red Dead Redemption 2 jest dosyć realistyczne i dla niektórych może okazać się nawet brutalne.

Zwierzynę pierw musimy wytropić po zostawionych przez nią śladach, jednocześnie uważając aby nie podejść za blisko i jej nie spłoszyć. Każdy typ zwierzęcia należy upolować innym rodzajem broni – te najmniejsze upolujemy łukiem ze strzałami, nieco większe sztucerem, jelenie i kojoty najlepiej polować łukiem lub karabinem, zaś na te największe bizony i niedźwiedzie najlepiej sprawdzi się dubeltówka. Ciekawa jest również kwestia skórowania i transportowania upolowanego zwierzaka na naszym wierzchowcu, który daje nam do dyspozycji trzy miejsca. Po bokach umieścimy mniejsze okazy jak zające czy indyki, zaś na grzbiecie za plecami zmieści się zwierzę pokroju jelenia. Większość skór rozłożymy na tylnym grzbiecie konia, chociaż te największe od wyżej wymienionych bizonów zajmują tyle miejsca co martwy jeleń, więc skórę z nich można mieć na koniu tylko jedną. Większość zwierząt możemy też oskórować na miejscu zostawiając same ciało pokryte różowo-białą tkanką, co może okazać się nie najlepszym widokiem dla delikatnych osób. Niemniej, polowanie urzekło mnie swym realistycznym podejściem.

Oprawa audiowizualna

Oprawa audio i wideo to jak zwykle majstersztyk u Rockstar Games. Gracze kolejny raz dostali produkt, który wyprzedza swoją epokę również pod względem jakości obrazu. Co można powiedzieć? Jak wspominałem wcześniej, budowa świata gry jest zróżnicowana i świetnie oddana – każdy stan, każda mieścina różni się od siebie swoim klimatem, architekturą, ubiorem ludzi i tak dalej. Nie będę rzucać ogólnikami, że tekstury są ostre, modele pełne detali a animacje realistyczne i płynne. Powiem, że ogromne wrażenie na mnie zrobiły efekty cząsteczkowe – chyba, bo nie jestem pewny czy tak to się fachowo nazywa. Chodzi mi głównie o takie efekty jak mgła, promienie słońca, śnieżyce czy w końcu luminescencja światła – o tak! Moja pierwsze przechadzka w nocy po ulicach oświetlonego miasta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Te mieniące się słupy światła mają coś w sobie, bo tak realistycznej poświaty nie widziałem w żadnej innej grze. Niesamowicie prezentuje się również przebicia światła podczas mgły o wschodzie słońca – coś pięknego!

Co do jakości dźwięków, mamy tutaj typową świetną robotę od Rockstara – świetnie dobrani aktorzy, dźwięki zwierząt, lasu… można by wypisywać ogólniki bo wszystko jest z górnej półki, jednak na specjalne uznanie zasługuje ścieżka dźwiękowa dogrywająca nam w czasie zadań. Wiele utworów w kluczowych momentach wątku fabularnego zapadnie nam w pamięć – to coś, czego brakowało w GTA V.

Jeżeli chodzi o stronę techniczną to nie mogę powiedzieć złego słowa, głównie dlatego że Red Dead Redemption 2 ograłem ponad miesiąc po premierze, więc te kluczowe błędy mnie zapewne ominęły. Oczywiście nie zabrakło pojedynczych i pomniejszych bugów, z czego najbardziej denerwującym było jedno zadanie, w którym musiałem przewieźć pojmanego bandytę na drugi koniec mapy. Problem w tym, że skrypt się zawiesił i bandyta zamiast być na koniu, wisiał w powietrzu i nic nie można było z nim zrobić. Pomyślałem że to nic takiego i ruszyłem w drogę, jednak zamiast cut-scenki z podróży musiałem samotnie pędzić wierzchem przez ponad 10 minut, zaś na miejscu okazało się, że misji nie da się dalej kontynuować – na szczęście to był jedyny taki większy przypadek, więc przymknąłem na to oko.

Sterowanie okazało się niemałą udręką i to nie przez fakt, że po tylu latach grania na Xboxowych padach wziąłem w ręce DualShocka z jakimiś trójkątami i kwadratami – choć to też swoją drogą. Duży problem leży w opóźnieniu reakcji na przyciski – ile razy miałem już szczerbinkę karabinu wycelowaną w głowę przeciwnika, nacisnąłem na spust a w międzyczasie wróg zdążył się schować – nie zliczę. Leży również sterowanie postacią w małych pomieszczeniach, gdzie nie można nawet biegać a bohater zachowuje się jakby ważył pół tony. Z czasem denerwowało mnie również tempo chodu Arthura. Gra jest tak klimatyczna, że z początku nie chciało mi się nawet biegać aby nie psuć immersji, jednak widząc, że nasz bohater człapie leniwym i ślamazarnym spacerkiem to coś mnie brało. Tak, chód Arthura jest za wolny w mojej ocenie.

Grę ogrywałem na konsoli PS4 w wersji Pro, jednak nie wykorzystałem rozdzielczości 4K przez brak odpowiedniego telewizora. Mimo wszystko gra prezentowała się świetnie nawet w takiej rozdzielczości, a płynność nawet w najbardziej intensywnych momentach nie spadła poniżej 30 klatek. Tutaj na jaw wychodzi kolejna sztuka Rockstara i kilku innych gier konsolowych, bo to nie jest te same 30 klatek co na PC – płynność każdej klatki, brak tzw. dropów powoduje, że przechodząc z Assetto Corsy ogrywanej na stałych 60fps nie mam problemów, żeby przestawić się na te 30 klatek.

Podsumowanie

Red Dead Redemption 2 to arcydzieło. Rockstar Games po raz kolejny pokazało jak się powinno robić prawdziwy produkt AAA. Fabuła, zadania, świat gry, grafika – to wszystko jest fenomenalne i tworzy wspaniała całość. Dziki zachód wciągnął mnie tak bardzo, że chyba po raz drugi odświeżę trylogię dolarową wraz z kilkoma innymi tytułami. Taka gra zdarza się raz na generację – w poprzedniej mieliśmy GTA V.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *